wtorek, 10 czerwca 2014

Prolog: Koszmar

  Krzyki. Krew skapującą na ziemię. Ostrze całe w czerwieni. Popiół. Dym. Ból i strach. Cień. A potem opadające skrzydło. Rozpacz. Więcej krzyków, przemieniających się w wycie. Długi skowyt cierpienia. Strata. Pustka. Ciemność.
***
  Varien usiadła gwałtownie na posłaniu. Oczy miała szeroko otwarte, oddech szybki i nierówny. Choć sen powoli się zamazywał, wciąż czuła jego grozę. Jednak najgorsza była dla niej świadomość, że to wszystko zdarzyło się naprawdę. Zacisnęła usta, zagryzając mocno wargi, by się nie rozpłakać. Zamknęła oczy, ale wtedy obrazy powróciły. Śmierć, cierpienie, pustka po stracie. Otworzyła je na powrót, nie chcąc tego dalej oglądać. Dłonią wymacała miecz leżący przy posłaniu - piękne ostrze z jasnostali o barwie zachodzącego słońca. Jak łuski jej towarzysza. Bratniej duszy, którą utraciła. Dziewczyna zacisnęła dłoń na rękojeści, po czym wyszła z prymitywnego szałasu, w którym spędziła noc. Ognisko już dawno wygasło, a zza drzew powoli widać było pierwsze oznaki świtu. Gdzieś w koronach usłyszała ptasi świergot. Najwyraźniej puszcza budziła się do życia po nocy.
  Trochę jej zajęło uprzątnięcie śladów po obozowisku, ale nie chciała, by ktokolwiek ją znalazł. Zdawała sobie sprawę z tego, że jeźdźcy ostatecznie pewnie zaczną jej szukać. Jednak nie spieszyła się z nimi spotykać. Chciała najpierw pobyć sama. Na tyle długo, by rozmowa z nimi i opowiedzenie o okolicznościach w jakich straciła Evgira były w ogóle możliwe. Po zatarciu swojej bytności Varien ruszyła w drogę. Ze sobą miała jedynie niewielką torbę podróżną, zawierającą rzeczy najważniejsze - bukłak z wodą, trochę surowego mięsa jako przekąskę, mapę. I oczywiście nie rozstawała się ze swoim ostrzem, które nazwała Seithr, czyli "Czarownica" w pradawnej mowie. Dlaczego akurat tak? Nie umiała odpowiedzieć na to pytanie, po prostu czuła, że to właściwe imię.
  Dotarłszy do jednego z licznych leśnych strumieni, dziewczyna zatrzymała się. Nachyliwszy się nad wodą, zanurzyła dłonie, po czym obmyła sobie twarz, rozkoszując się chłodem cieczy, pozwalającym jej chwilowo zapomnieć o koszmarach poranka. Tymczasem słońce prześwitywało już przez drzewa, delikatnie oświetlając zielony las dookoła. Coraz głośniejsze były ptasie trele pośród liści, rozbrzmiewające najrozmaitszymi tonami, głoszące swoje pieśni. Kosmyki blond włosów opadły Varien na oczy, gdy tak klęczała nad strumieniem, wpatrując się w swoje odbicie. Założyła je za ucho, po czym podniosła się, zdecydowana ruszać dalej. I wtedy piękną poranną sielankę gwałtownie przerwały czyjeś wrzaski... Dziewczyna natychmiast pobiegła w kierunku ich źródła i zamarła, gdy dotarła na miejsce. To co zobaczyła, wydało jej się niemalże powtórką z ostatniego koszmaru...

2 komentarze:

  1. WOW *.*
    Napisane super stylem (przynajmniej ja zawsze chciałam tak pisać xD)
    zapowiada się ciekawie ;)
    lecę czytać dalej ^^

    OdpowiedzUsuń