czwartek, 12 czerwca 2014

Rozdział 2: Towarzyszka podróży

   Przed oczami Varien pojawił się makabryczny widok. Wszędzie dookoła leżały trupy, wiele z nich zabitych w brutalny sposób. Dziewczyna zasłoniła sobie ręką usta i upadła na kolana. Przed oczami znowu mignął jej koszmar minionej nocy, wspomnienie śmierci jej najdroższego towarzysza. Poczuła słone krople na policzkach, a po chwili zawyła z wściekłości. Miała dosyć nieszczęść, które napotykała na każdym kroku. Nie miała już siły znosić ich dłużej. I pewnie dalej klęczałaby na ziemi, zanosząc się płaczem, gdyby do jej uszu nie dotarł słaby jęk. Zerwała się na równe nogi i rozejrzała dookoła. Wtedy dostrzegła, że jedna z leżących sylwetek poruszyła się nieco i jęknęła przeciągliwie. Szybko otarła łzy i podbiegła do niej. Leżącą okazała się młoda ciemnowłosa dziewczyna. Miała półprzymknięte oczy i jedną ręką trzymała się za głowę. Po palcach spływała jej krew. Po szybkich oględzinach Varien doszła do wniosku, że to jedyna poważna rana, jaką otrzymała nieznajoma. Nie zwlekając dłużej, wyszeptała w pradawnej mowie "waise heill", a uraz na skroni dziewczyny zaczął znikać w oczach. Leczona westchnęła cicho, po czym otworzyła trochę szerzej oczy. Gdy ujrzała Varien, na jej twarzy odmalował się strach.
- Zna...a...ajdą Cię...i...za...bi...biją! - Wycharczała, mocno osłabiona. Jednocześnie zaczęła się gwałtownie rozglądać na boki, wyraźnie się czegoś obawiając.
- Kto? - Varien uważnie zlustrowała otoczenie, ale nie zauważyła ani jednej żywej duszy. - Nikogo tu nie ma...
- Czerw...czerwono...włosi... - Odparła tamta. - Za...bi...bili... wszy...szy...stkich...
Twarz blondwłosej stężała. Teraz już wiedziała, kto dokonał masakry. W jej oczach błysnęła wściekłość. Cieniowi nie ujdzie to na sucho... Chwilowo jednak musiała zająć się ranną.
- Wszystko będzie dobrze, jasne? Ale najpierw musisz odpocząć. Chodź. - Podniosła dziewczynę ostrożnie, po czym podtrzymując ją, zaczęła powoli iść.
- To nie jest dobre miejsce, musimy stąd odejść. - Przemawiała powoli i łagodnie. - Tylko kawałek, no chodź, pomogę ci. - Choć poruszały się bardzo wolno, to jednak wciąż do przodu, co już samo w sobie stanowiło sukces. By odwrócić uwagę rannej od bólu, próbowała ją zagadywać.
- Mam na imię Varien. A ty?
Ciemnowłosej odrobinę się polepszyło, bo choć z trudem, udało jej się płynnie wymamrotać.
- Rommia.
- Ładne imię, Rommio. Jak ci się podoba las?
- Oni... kim oni byli? - Dziewczyna zignorowała pytanie i zadała własne.
- Oni? - Była przekonana, że wcześniej przesłyszała się, gdy Rommia mówiła w liczbie mnogiej...
- Była ich trójka. My... Nie mogliśmy ich powstrzymać. - Dziewczyna zaczęła szlochać.
Varien była zaskoczona. O ile atak jednego Cienia był rzeczą okropną, acz zdarzającą się, o tyle zjawienie się trzech... Nie podobało jej się to. Cienie przecież nie współpracowały ze sobą, prawda?
- Powstrzymać przed czym? - Zapytała dla odmiany.
- Przed... przed... kradzie...kradzieżą... jaj! - Rommia zaniosła się jeszcze większym płaczem, za to Varien była coraz bardziej zaskoczona. Domyśliła się, że ciemnowłosa miała na myśli smocze jaja, ale po co one Cieniom?
- Kradzieżą? A nie po prostu zniszczeniem? - Spytała jeszcze. Jednak nie dostała już odpowiedzi, ponieważ Rommia była zbyt zapłakana by usłyszeć pytanie. Blondwłosej nie pozostało więc nic innego, jak pocieszać nową towarzyszkę podróży.
   Wkrótce dotarły na niewielką polanę. Była jeźdźczyni doszła do wniosku, że są już wystarczająco daleko od miejsca rzezi i mogą się tu zatrzymać. Pomogła usiąść ciemnowłosej, a sama ruszyła by znaleźć wodę. Jednocześnie po głowie wciąż chodziło jej wiele pytań, na które nie znała odpowiedzi. I doskonale wiedziała, że pytania te szybko jej nie opuszczą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz