sobota, 14 czerwca 2014

Rozdział 4: Nocne spotkanie

  Ból. Wrzaski. Dym. Popiół w powietrzu. Krew skapująca z ostrza. Ciemność.
***
Varien otworzyła szeroko oczy. Dookoła było jeszcze ciemno, ale ognisko już ledwo się tliło. Dziewczyna oddychała szybko i gwałtownie, próbując się uspokoić. Koszmar powracał każdej nocy i nie potrafiła nic na to poradzić. Leżała przez dłuższą chwilę na posłaniu, starając się wsłuchać w równomierny oddech Rommii. Gdy sen powoli zaczął powracać, usłyszała trzask. Odgłos pochodził z niewielkiej odległości i bardzo ją zaniepokoił. Ostrożnie, by nie obudzić towarzyszki, przekręciła się na brzuch i zaczęła intensywnie wpatrywać w wejście do szałasu. Dogasające ognisko skutecznie ją oślepiało, przez co mogła dostrzec jedynie to, co było blisko. Dalej panowały nieprzeniknione ciemności. Nagle usłyszała kolejne trzaśnięcie, tym razem dobiegające z innej strony. Teraz już nie miała wątpliwości - na zewnątrz coś było. I istniały dwa możliwe wytłumaczenia - albo to jakieś nieszkodliwe leśne zwierzę, które przywędrowało tu przez przypadek - Varien pragnęła, by ta wersja okazała się prawdziwa - albo coś skradało się, by je dopaść. Całkowicie już rozbudzona, dziewczyna powoli usiadła na posłaniu, po czym zasłoniwszy Rommii usta, delikatnie nią potrząsnęła. Ciemnowłosa otworzyła oczy i w pierwszej chwili zaczęła się szarpać, gdy poczuła czyjąś dłoń na twarzy. Dopiero chwilę później dostrzegła Varien, która przyłożyła palec do ust, nakazując jej być cicho. Rommia skinęła głową na znak zrozumienia, więc blondwłosa zabrała rękę, po czym zaczęła nasłuchiwać. Przez dłuższy czas na zewnątrz panowała niemal idealna cisza, nie przerywana nawet pohukiwaniem sowy czy wyciem wiatru. Ale wtem rozległ się kolejny trzask, bardzo blisko szałasu. Obydwie dziewczyny wzdrygnęły się, słysząc go. Varien sięgnęła po Seithr, a Rommia jedynie obserwowała bardziej doświadczoną towarzyszkę. Następnie znowu nastał długi okres ciszy i gdy już dziewczyna miała zamiar odłożyć miecz z powrotem, rozległo się głuche warknięcie. W delikatnej poświacie gasnącego ogniska pojawił się pysk. Pierwszym co rzucało się w oczy, były długie, ostre kły wystające z paszczy. Kolejną rzeczą były oczy - dzikie, żółte ślepia pełne były głodu i pierwotnej furii, która prawdopodobnie nie pochodziła od żadnej żywej istoty. To właśnie one naprowadziły blondwłosą dziewczynę na myśl, że stojące przed nimi stworzenie jest czymś zrodzonym ze zła. Głuchy warkot powtórzył się, a w gasnący blask ujawnił nieco więcej szczegółów. Zwierzę przypominało ogromnego wilka, jego sierść była czarna jak smoła. Podchodził coraz bliżej, wciąż warcząc, i najwyraźniej nie bał się ognia.
  Varien ścisnęła mocniej rękojeść miecza i przygotowała się do ewentualnej obrony. Rommia skuliła się za nią, przerażenie malowało się na jej twarzy. Mimo to, jednocześnie wciąż przyglądała się bestii, nie mogąc powstrzymać ciekawości. Istota już niemal ominęła ognisko i tylko kilka kroków dzieliło ją od znalezienia się na długość miecza od dziewczyn. Jej ślepia wpatrywały się w nie intensywnie, a wyzierająca z nich wściekłość była niemal namacalna. Jeszcze tylko kawałek... Już prawie... Varien przygotowała się do pchnięcia... Gdy nagle stworzenie zatrzymało się i zawyło krótko. Skowyt był ogłuszający i mroził krew w żyłach. Chwilę po tym wilk odwrócił się gwałtownie, po czym pobiegł z powrotem w ciemność. Zarówno Rommia jak i Varien oddychały ciężko, wciąż przerażone. Wpatrywały się w mrok jeszcze przez dłuższą chwilę, a nawet gdy już wyglądało na to, że bestia nie wróci, nie zmrużyły oka... aż nastał świt.

czwartek, 12 czerwca 2014

Rozdział 3: Ognisko

  Resztę dnia Varien spędziła na sklecaniu prowizorycznego szałasu dla dwóch osób, gromadzeniu chrustu i polowaniu. Noc nadeszła zaskakująco szybko. W ostatnich promieniach zachodzącego słońca dziewczyna naprędce rozpalała ognisko, mające zapewnić im ciepło i ochronę przed dzikimi zwierzętami. W oddali słyszała watahę wilków, która prawdopodobnie właśnie pożerała pozostawione na miejscu masakry ciała. Poczuła ukłucie winy, że nie pogrzebały ich jak należy, ale w gruncie rzeczy wiedziała, że było to niemożliwe.
  Chwilę po tym, jak słońce schowało się za horyzontem, obudziła się Rommia. Do tej pory wypoczywała po porannym ataku, co jakiś czas odzyskując świadomość tylko po to, żeby zaraz ją stracić. Tym razem jednak wiedziała co się wokół niej dzieje i wyglądało na to, że jest z nią o wiele lepiej.
- Dziękuję za zabranie mnie stamtąd. - Uśmiechnęła się nieśmiało do Varien, po czym spojrzawszy na martwe zwierzę, które ta upolowała, dodała: - Tak dawno nie jadłam mięsa... Elfy...
- Nie uznają go w swojej diecie, wiem. - Przerwała jej blondwłosa, po chwili jednak łagodniej dopowiedziała: - Mieszkałam z kilkoma przez jakiś czas.
- Naprawdę? - Rommia zrobiła wielkie oczy. Choć sama podróżowała z elfami, wydawały jej się raczej niespotykane.
- Tak, a także z urgalami i jednym krasnoludem! - Roześmiała się cicho, zadowolona z lekkiego tonu rozmowy. Ciemnowłosa spojrzała na nią jeszcze bardziej zaskoczona, po czym nie mogąc się powstrzymać, zapytała:
- Kim ty właściwie jesteś?
Varien spoważniała, na jej twarzy przez ułamek sekundy pojawił się wyraz okrutnego cierpienia, szybko jednak został zastąpiony maską obojętności.
- Ja... jestem nikim. Nie chcę o tym mówić. - Ton jej głosu był spokojny, ale chłodny. Rommia natychmiast wyczuła, że to drażliwy temat i lepiej go nie drążyć, nawet jeśli była niezmiernie ciekawa. Przez chwilę obie milczały, wpatrując się w migoczące płomienie. Następnie blondwłosa wyciągnęła nóż i zabrała się za oprawianie zwierzyny. Tymczasem druga dziewczyna wróciła myślami do poranka. Wciąż pamiętała zapach krwi unoszący się w powietrzu i okrutne, bezlitosne spojrzenia Cieni. Bała się ich. Bała się, że gdy zaśnie, przyjdą i ją zabiją. Albo jeszcze gorzej porwą i będą torturować... Potrząsnęła głową, próbując odgonić ponure myśli. Przeżyła. Tylko to się teraz liczyło.
  Nagle zdała sobie sprawę, że chyba jej towarzyszka coś do niej mówi. Odwróciła się i popatrzyła na nią nie rozumiejącym nic wzrokiem. Varien tylko westchnęła, po czym powtórzyła jeszcze raz:
- Pasuje ci kawałek nogi? - wskazała na upolowaną przez siebie sarnę, teraz już pozbawioną skóry.
- Tak, tak, jasne... - Odparła, jednocześnie odwracając wzrok od obdartego ze skóry zwierzęcia. Nie miała ochoty na nie patrzeć, nie tak szybko po tym, jak widziała swoich towarzyszy podróży brutalnie mordowanych jeden po drugim.
  Mięso upiekło się stosunkowo szybko, więc niedługo później obie dziewczyny zajadały ze smakiem. 
- Gdzie udamy się dalej? - Spytała Rommia po zakończonym posiłku.
- Nie wiem jak ty, ale ja ruszam tropem morderców. - Odparła poważnie Varien.
- Ale przecież... Ty nie masz pojęcia, gdzie się podziali! Nie było żadnych śladów... Mogą być wszędzie!
- To prawda... Ale w jakiś sposób ich znajdę. I pomszczę wszystkich, których zamordowali. - W jej głosie słychać było stal - "I ciebie też Evgirze" - Dodała w myślach.
- W takim razie ruszam z tobą. - Rzekła zdecydowanym tonem Rommia. Czuła, że musi to zrobić i w tym przypadku jej tchórzostwo musi odejść na bok. Blondwłosa spojrzała na nią z powątpiewaniem, jednak nie powstrzymywała jej, co dziewczyna poczytała jako niechętną zgodę.
- Skoro tak, to musimy obie porządnie się wyspać. - Stwierdziła w końcu Varien, ruszając w stronę szałasu. Ciemnowłosa dziewczyna ruszyła za nią i niedługo później obie zasnęły, pogrążywszy się w niespokojnych, płytkich snach.
  Jednak żadna z nich nie pomyślała, że obozu należałoby w nocy pilnować. Żadna też nie zauważyła nieco gęstszego cienia za jednym z grubych pni drzew. Cienia kształtem zbliżonego do ludzkiej sylwetki...

Rozdział 2: Towarzyszka podróży

   Przed oczami Varien pojawił się makabryczny widok. Wszędzie dookoła leżały trupy, wiele z nich zabitych w brutalny sposób. Dziewczyna zasłoniła sobie ręką usta i upadła na kolana. Przed oczami znowu mignął jej koszmar minionej nocy, wspomnienie śmierci jej najdroższego towarzysza. Poczuła słone krople na policzkach, a po chwili zawyła z wściekłości. Miała dosyć nieszczęść, które napotykała na każdym kroku. Nie miała już siły znosić ich dłużej. I pewnie dalej klęczałaby na ziemi, zanosząc się płaczem, gdyby do jej uszu nie dotarł słaby jęk. Zerwała się na równe nogi i rozejrzała dookoła. Wtedy dostrzegła, że jedna z leżących sylwetek poruszyła się nieco i jęknęła przeciągliwie. Szybko otarła łzy i podbiegła do niej. Leżącą okazała się młoda ciemnowłosa dziewczyna. Miała półprzymknięte oczy i jedną ręką trzymała się za głowę. Po palcach spływała jej krew. Po szybkich oględzinach Varien doszła do wniosku, że to jedyna poważna rana, jaką otrzymała nieznajoma. Nie zwlekając dłużej, wyszeptała w pradawnej mowie "waise heill", a uraz na skroni dziewczyny zaczął znikać w oczach. Leczona westchnęła cicho, po czym otworzyła trochę szerzej oczy. Gdy ujrzała Varien, na jej twarzy odmalował się strach.
- Zna...a...ajdą Cię...i...za...bi...biją! - Wycharczała, mocno osłabiona. Jednocześnie zaczęła się gwałtownie rozglądać na boki, wyraźnie się czegoś obawiając.
- Kto? - Varien uważnie zlustrowała otoczenie, ale nie zauważyła ani jednej żywej duszy. - Nikogo tu nie ma...
- Czerw...czerwono...włosi... - Odparła tamta. - Za...bi...bili... wszy...szy...stkich...
Twarz blondwłosej stężała. Teraz już wiedziała, kto dokonał masakry. W jej oczach błysnęła wściekłość. Cieniowi nie ujdzie to na sucho... Chwilowo jednak musiała zająć się ranną.
- Wszystko będzie dobrze, jasne? Ale najpierw musisz odpocząć. Chodź. - Podniosła dziewczynę ostrożnie, po czym podtrzymując ją, zaczęła powoli iść.
- To nie jest dobre miejsce, musimy stąd odejść. - Przemawiała powoli i łagodnie. - Tylko kawałek, no chodź, pomogę ci. - Choć poruszały się bardzo wolno, to jednak wciąż do przodu, co już samo w sobie stanowiło sukces. By odwrócić uwagę rannej od bólu, próbowała ją zagadywać.
- Mam na imię Varien. A ty?
Ciemnowłosej odrobinę się polepszyło, bo choć z trudem, udało jej się płynnie wymamrotać.
- Rommia.
- Ładne imię, Rommio. Jak ci się podoba las?
- Oni... kim oni byli? - Dziewczyna zignorowała pytanie i zadała własne.
- Oni? - Była przekonana, że wcześniej przesłyszała się, gdy Rommia mówiła w liczbie mnogiej...
- Była ich trójka. My... Nie mogliśmy ich powstrzymać. - Dziewczyna zaczęła szlochać.
Varien była zaskoczona. O ile atak jednego Cienia był rzeczą okropną, acz zdarzającą się, o tyle zjawienie się trzech... Nie podobało jej się to. Cienie przecież nie współpracowały ze sobą, prawda?
- Powstrzymać przed czym? - Zapytała dla odmiany.
- Przed... przed... kradzie...kradzieżą... jaj! - Rommia zaniosła się jeszcze większym płaczem, za to Varien była coraz bardziej zaskoczona. Domyśliła się, że ciemnowłosa miała na myśli smocze jaja, ale po co one Cieniom?
- Kradzieżą? A nie po prostu zniszczeniem? - Spytała jeszcze. Jednak nie dostała już odpowiedzi, ponieważ Rommia była zbyt zapłakana by usłyszeć pytanie. Blondwłosej nie pozostało więc nic innego, jak pocieszać nową towarzyszkę podróży.
   Wkrótce dotarły na niewielką polanę. Była jeźdźczyni doszła do wniosku, że są już wystarczająco daleko od miejsca rzezi i mogą się tu zatrzymać. Pomogła usiąść ciemnowłosej, a sama ruszyła by znaleźć wodę. Jednocześnie po głowie wciąż chodziło jej wiele pytań, na które nie znała odpowiedzi. I doskonale wiedziała, że pytania te szybko jej nie opuszczą.

środa, 11 czerwca 2014

Rozdział 1: Ptasi śpiew

  Droga była monotonna i niezwykle długa. Mijane drzewa wydawały się być identyczne, a jedynymi wyznacznikami tego, jak daleko się posunęli, były nieliczne charakterystyczne punkty, zaznaczone na mapie. Rommii podróż niezwykle się dłużyła, nogi bolały ją niemiłosiernie, a ptasi śpiew zaczynał drażnić. Zwinęli postój z samego ranka i od tej pory wciąż byli w drodze, nie zatrzymując się nawet na najmniejszy odpoczynek. Zastanawiała się teraz, co ją podkusiło, żeby zgłosić się do tego zadania. A no tak, żądza przygód. Dziewczyna zaklęła w duchu. Nie tak wyobrażała sobie ważną misję przeniesienia części smoczych jaj z Teirmu do Du Weldenvarden. Miała nadzieję na liczne potyczki, może jakieś emocjonujące pościgi czy inne ataki złych mocy, które mogliby brawurowo powstrzymać, tym samym ocaliwszy całą krainę. Rommia dorastała słuchając licznych opowieści o Eragonie Cieniobójcy, pogromcy złego króla i skrycie pragnęła być taka jak on. Odważna, silna... i mieć własnego smoka! To wszystko zaważyło na jej decyzji, przez którą teraz wędrowała przez środek jakiegoś lasu, w towarzystwie milczących, poważnych elfów. Z początku ich towarzystwo niezmiernie ją ekscytowało i była zafascynowana każdym ich krokiem, teraz jednak po prostu ją nudzili, z całą masą swoich zasad i obyczajów, których nie potrafiła zrozumieć.
   Nagle pochód zatrzymał się. Dziewczyna niemalże wpadła na jednego z towarzyszy podróży nim się zorientowała. Elfy wydawały się czymś mocno poruszone, ale nie miała pojęcia, o co może im chodzić. I wtedy w ułamku sekundy stało się kilka rzeczy na raz. Po pierwsze, Rommia zdała sobie sprawę z faktu, że ptasi śpiew nagle ucichł. Po drugie, dwoje elfów padło na ziemię martwych, a krew trysnęła im z klatek piersiowych, bryzgając dookoła. Jednocześnie zza drzew wyłoniły się trzy postacie, poruszające się szybko i sprawnie. Każda z nich miała rdzawo-czerwone włosy i złowieszczy uśmiech na twarzy. Pierwsza - mężczyzna - dzierżyła w ręku łuk, strzała już-już opuszczała cięciwę, by pomknąć z zawrotną prędkością w stronę dopiero chwytających za broń elfów. Dwie pozostałe - młody chłopak i dziewczyna - ruszyli prosto na grupę, a ostrza ich mieczy były żądne krwi. Gdy dopadli do pierwszych ofiar, pochód przybrał postać jako-takiego koła, by chronić ich najcenniejszy skarb - smocze jaja. Jednak nie na wiele się to zdało. Atakujący byli zbyt silni i szybcy. Mordowali strażników bez najmniejszych oporów, nie kłopocząc się łaską czy negocjacjami. Nie minęło wiele czasu, gdy od celu dzieliła ich zaledwie trójka, która ostała się z masakry, w tym Rommia. Dziewczyna szczerze żałowała swoich wcześniejszych myśli. Teraz zrobiłaby wszystko, byle tylko dalej spokojnie kontynuować nudną podróż. Właściwie o tym że przeżyła zdecydował przypadek. O mały włos uniknęła strzały wypuszczonej przez czerwonowłosego mężczyznę, a potem jak tchórz rzuciła się w środek grupy, byle tylko schronić się przed atakami. Teraz jednak nie było nikogo, kto by ją osłonił. Spojrzała kątem oka na stojącą obok niej elfkę - wyglądała na nieustraszoną, a jej twarz wyrażała jedynie determinację.
   Czerwonowłosi zatrzymali się na przeciwko pozostałej przy życiu trójki. Jak spostrzegła Rommia, z pewnością nie mogli być zwykłymi ludźmi, ich oczy bowiem miały równie rdzawą barwę co włosy. Stali teraz przed nią, splamieni krwią jej towarzyszy, najwyraźniej zadowoleni z tego, co właśnie zrobili.
- Nie utrudniajcie nam dalej zadania... - Mężczyzna uśmiechnął się jadowicie.
- Czy nie dość już się nacierpieliście? - Zawtórowała mu kobieta.
- Nie ma mowy! Nigdzie się stąd nie ruszamy! - Warknęła wyzywająco stojąca obok Rommii elfka, a drugi elf jej przytaknął, mrużąc oczy pełne wściekłości. Dziewczyna nie rzekła nic, zadrżała tylko ze strachu.
- Mmm... Podoba mi się jej opór. - Mężczyzna wyszczerzył zęby. - Chcę ją żywą, jasne?
Elfka warknęła raz jeszcze, po czym rzuciła się z mieczem na czerwonowłosego. Ten bez najmniejszego wysiłku wytrącił jej miecz z ręki, po czym ją uśpił, ledwo muskając ją palcem.
- Resztę możecie zabić. - Uśmiechnął się, a pozostała dwójka ruszyła z mieczami na elfa i Rommię. Dziewczyna nie miała pomysłu, jak mogłaby się obronić, zrobiła więc jedyne, na co wpadł jej rozum - zaczęła wrzeszczeć. A potem poczuła że coś ciepłego i lepkiego spływa jej po głowie... I zjawiła się ciemność.

wtorek, 10 czerwca 2014

Prolog: Koszmar

  Krzyki. Krew skapującą na ziemię. Ostrze całe w czerwieni. Popiół. Dym. Ból i strach. Cień. A potem opadające skrzydło. Rozpacz. Więcej krzyków, przemieniających się w wycie. Długi skowyt cierpienia. Strata. Pustka. Ciemność.
***
  Varien usiadła gwałtownie na posłaniu. Oczy miała szeroko otwarte, oddech szybki i nierówny. Choć sen powoli się zamazywał, wciąż czuła jego grozę. Jednak najgorsza była dla niej świadomość, że to wszystko zdarzyło się naprawdę. Zacisnęła usta, zagryzając mocno wargi, by się nie rozpłakać. Zamknęła oczy, ale wtedy obrazy powróciły. Śmierć, cierpienie, pustka po stracie. Otworzyła je na powrót, nie chcąc tego dalej oglądać. Dłonią wymacała miecz leżący przy posłaniu - piękne ostrze z jasnostali o barwie zachodzącego słońca. Jak łuski jej towarzysza. Bratniej duszy, którą utraciła. Dziewczyna zacisnęła dłoń na rękojeści, po czym wyszła z prymitywnego szałasu, w którym spędziła noc. Ognisko już dawno wygasło, a zza drzew powoli widać było pierwsze oznaki świtu. Gdzieś w koronach usłyszała ptasi świergot. Najwyraźniej puszcza budziła się do życia po nocy.
  Trochę jej zajęło uprzątnięcie śladów po obozowisku, ale nie chciała, by ktokolwiek ją znalazł. Zdawała sobie sprawę z tego, że jeźdźcy ostatecznie pewnie zaczną jej szukać. Jednak nie spieszyła się z nimi spotykać. Chciała najpierw pobyć sama. Na tyle długo, by rozmowa z nimi i opowiedzenie o okolicznościach w jakich straciła Evgira były w ogóle możliwe. Po zatarciu swojej bytności Varien ruszyła w drogę. Ze sobą miała jedynie niewielką torbę podróżną, zawierającą rzeczy najważniejsze - bukłak z wodą, trochę surowego mięsa jako przekąskę, mapę. I oczywiście nie rozstawała się ze swoim ostrzem, które nazwała Seithr, czyli "Czarownica" w pradawnej mowie. Dlaczego akurat tak? Nie umiała odpowiedzieć na to pytanie, po prostu czuła, że to właściwe imię.
  Dotarłszy do jednego z licznych leśnych strumieni, dziewczyna zatrzymała się. Nachyliwszy się nad wodą, zanurzyła dłonie, po czym obmyła sobie twarz, rozkoszując się chłodem cieczy, pozwalającym jej chwilowo zapomnieć o koszmarach poranka. Tymczasem słońce prześwitywało już przez drzewa, delikatnie oświetlając zielony las dookoła. Coraz głośniejsze były ptasie trele pośród liści, rozbrzmiewające najrozmaitszymi tonami, głoszące swoje pieśni. Kosmyki blond włosów opadły Varien na oczy, gdy tak klęczała nad strumieniem, wpatrując się w swoje odbicie. Założyła je za ucho, po czym podniosła się, zdecydowana ruszać dalej. I wtedy piękną poranną sielankę gwałtownie przerwały czyjeś wrzaski... Dziewczyna natychmiast pobiegła w kierunku ich źródła i zamarła, gdy dotarła na miejsce. To co zobaczyła, wydało jej się niemalże powtórką z ostatniego koszmaru...